Poranek powinnam spędzić w samochodzie pędząc do Łodzi w towarzystwie Madzi i Ani. Powinnam plotkować o fatałaszkach, torebkach i imprezach wieczornych. Powinnam przejmować się czy mam dobrze pomalowane usta. Powinny mi się nogi plątać z podniecenia i towarzystwa Carla. Powinnam dobrze się bawić i chłonąć zimowe inspiracje na przyszły rok. Tymczasem zwyczajne życie przypomniało mi, że moje dzieci mają genialne wyczucie czasu. Teraz przejmuję się czy Księżniczka ma dobrze pomalowane wszystkie krostki płynnym pudrem (witaj ospo!!!!), nogi mi się plączą bynajmniej nie z podniecenia i nie dzięki towarzystwu Carla. Plotkuję co prawda i owszem o fatałaszkach, tylko trudno mi się przebić przez różowy mur i choć trochę urozmaicić kolorystycznie rozmowy z Księżniczką. Witaj zwyczajne życie. Dzisiaj nawet niebo podziela mój nastrój. Zanosi się na deszcz…
Ale wracając do wszechobecnego różu w życiu czteroletniej Księżniczki (mam nadzieję, że szybko z tego wyrośnie, pliss…). Kupiłam tę sukienkę, z myślą, że pewnie ją zaraz oddam, bo nie spodoba się Księżniczce.
Nigdy nie myślałam, że musztarda i „Pink Victim” tak się pokochają. Są nierozłączne. Co jest dosyć dziwne, bo ani się nie kręci, ani różu nie ma w sobie za grosz. Zapytałam o to Księżniczkę, odpowiedziała z przechyloną głową i wywracając oczami, jak to mogę tego nie wiedzieć…
- już jestem duża, wystarczy, że kręci się przy szyi…
Do zobaczenia
Photos by Stand Up Fashion
dress - david charles/tkmaxx










