Wróciliśmy z czterodniowego wypadu do Ziemi Kłodzkiej. Wszyscy zakochani bez pamięci, już tęsknimy za przytulnymi miasteczkami - zdrojami, za przyjaznymi górami – idealnymi żeby zaszczepić w dzieciach bakcyla górskiego piechura. Za zapachem wilgotnego od mchu powietrza i za bajkowym czarem roztaczanym za każdym rogiem wybrukowanych kocimi łbami ulic. Ziemia Kłodzka kłania się przede wszystkim dzieciom – tyle historycznych miejsc z bajkowym klimatem i dobrą infrastrukturą nie znajdziecie nigdzie indziej. Choćbyśmy tam byli przez dwa tygodnie i każdego dnia zwiedzali coś innego – to zostałoby nam jeszcze drugie tyle z kawałkiem. Na pewno wrócimy, do takiej miłości się wraca nie tylko w marzeniach. Ech roztkliwiłam się… ale obiecuję Wam fotorelację z naszego wielkanocnego wypadu do Kudowy Zdroju, najpierw jednak muszę się zmierzyć z pełną kartą pamięci i brakiem miejsca na dysku komputera.
Tymczasem zostawiam Was na Ziemi Zagłębiowskiej i wspomnieniem pewnej niedzieli. Nic specjalnego, ot zwyczajny spacer. Ale jednak inny niż wszystkie. Taki spacer kiedy trybiki poruszają się wolniej i bardziej precyzyjnie – łatwo pozwalają wskoczyć na wyższy poziom. Zmieniam wtedy chętnie stan skupienia na stały pod wpływem słońca i namiastki wody. Jestem coraz mniej przeźroczysta. Coraz bardziej pachnę wiosną. Taki stan – jak go nazwać? Szczęście?
Do zobaczenia
Ewa
Photos by Stand Up Fashion
spodnie - h&m
marynarka, bluzka - promod
wingtipy - allegro






