Pokazywanie postów oznaczonych etykietą letycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą letycja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2015

perfect black cocktail dress



Moje narzekanie na brak czasu weszło mi już chyba w rutynę. Oczywiście bardzo tego w sobie nie lubię, tego narzekactwa, ale prawda jest taka, że kiepsko  radzę sobie z przyswojeniem podstawowego faktu: Nie dam rady zrobić wszystkiego co sobie zaplanowałam.

Wolałabym, żeby dziś było wczoraj, a jutro nadeszło o kilka godzin za późno, ale nie będzie mi chyba dane dostąpić czasów kiedy czas będzie można sobie kupić. Dużo  bym za to dała. Nie dlatego, że mając prawie cztery dekady na karku czuję się z tym zupełnie niepogodzona, ale dlatego, żeby go spożytkować do ostatniej minuty, do ostatniej zjedzonej w czerwcu truskawki, do ostatniego tchu.

Cóż  by to był za prezent od losu, kiedy podchodzi do ciebie dobra wróżka i wręcza dodatkowe  godziny zabawy podczas najwspanialszej imprezy w roku.  Albo kiedy w ostatni dzień wakacji dowiadujesz się, że potrwają jeszcze tydzień? Domagam się zwrotu przynajmniej kilku godzin z mojego dnia! Spożytkuję je bardzo, ale to bardzo egoistycznie. Żeby poczuć się znowu tak jak na tych zdjęciach: wyjątkowo, bez pośpiechu, rozmarzona. Taki idealny dzień w bajkowej  sukience.

Nie jest to mój codzienny wygląd, ale raz na jakiś czas kobieta dla swojego zdrowia psychicznego, powinna czuć się (wygląd to drugorzędna i indywidualna sprawa) jak Księżna Windsoru. Czego sobie i Wam życzę jak najczęściej.

Do zobaczenia

Ewa









sukienka  - chi chi london
buty - badura
torebka - letycja
pierścionek - bydziubeka

środa, 22 kwietnia 2015

Wielkanoc nad Bałtykiem




„Należę do osób, które czytają raczej wolno. 
Czytam powoli linijka po linijce. 
Nie przeszkadza mi to, lubię się rozkoszować tekstem”
H. Murakami „ Kawka nad morzem”

Tak jest też ze mną, tylko, że ja rozciągam tę przypadłość  zaletę na wiele czynności. „Najlepiej wychodzi ci spanie” – wtrącił by pewnie Mójcion. No fakt, trudno się nie zgodzić, że w objęciach Morfeusza czuję się tak, jakbym ułożyła się w łożu z mchu, paproci i czarów. Celebruję każdą minutę snu, i przeciągam nieprzyzwoicie powrót do rzeczywistości.

Wielkanoc spędziliśmy w Kołobrzegu i miałam kolejną okazję do rozkoszowania się, w tym wypadku lista jest bardzo długa, ale najbardziej, najbardziej do rozkoszowania się wiatrem. Cieszyłam się jak dziecko na myśl o wywianiu mnie na wszystkie cztery strony świata. Bałtyk mnie nie zawiódł, nigdzie nie wieje tak pięknie jak tam. Kto z Was był w Kołobrzegu to wie, że można wybrać trzy drogi spacerowania „nad morzem”. Można chodzić po parku, słuchając szumu morza i celebrować widoki raz na 500 metrów. Idziesz sobie, szumią drzewa, biegacze prężą łydki, kiedy nagle zza drzew wyłania się kawałek wielkiej wody. W tej wersji wiatr jest łaskawy i czasami wydaje się, że Bałtyk jest łagodny jak baranek. Wersja nie dla mnie.

W wersji pośredniej spacerując promenadą, komfortowo stąpając po kostce brukowej (można nawet założyć szpilki, zdjąć czapkę i rozmawiać bez konieczności krzyczenia do siebie), morze towarzyszy nam przez cały czas w odległości 20 metrów. Co prawda jest jak na Krupówkach 1 maja, ale jak się wysilisz i zignorujesz 39 osób na 1 metrze kwadratowym i uda Ci się nie wpaść pod rower, to możesz powiedzieć, że zaliczyłeś spacer nad morzem.

Ja wybieram zawsze full opcję. Uwielbiam Bałtyk w najbliższej możliwej wersji. Najlepiej boso w wodzie. Przypomniałam sobie jak bardzo mi tego brakowało, kiedy piasek wdzierał mi się beztrosko w uszy, a po ułożonych włosach nie został nawet ślad. Szum w głowie był tak duży, że trzeba było szukać swoich myśli pośród tego wiatru. Łzy w oczach od soli w powietrzu i ze szczęścia, że można być tak blisko żywiołu. Prawie dotknąć tej wielkiej siły, cieszyć się z każdego policzka od wiatru, każdego liźnięcia słoną wodą. To była pełnia szczęścia, plaża tylko dla najodważniejszych. Nieliczne jednostki musiały się dociążać, żeby nie zostać wywianym. Mieć codziennie taki widok, to wydaje się wręcz nierzeczywiste. Potraficie to docenić wybrańcy losu?

Do zobaczenia


Ewa










kaszmirowy płaszcz, sweter - sh Bigastyle
spodnie, koszula - next
buty - venezia
zegarek - michael kors
rękawiczki - wittchen
okulary - zara
kolczyki - h&m

poniedziałek, 16 marca 2015

męskie atrybuty w kobiecym wydaniu



Już od dawna można przyglądać się zjawisku zacierania się granic między ubraniami w stylu kobiecym i męskim. Prekursorem męskiego wpływu na damską szafę był Ives Saint Laurent. Wielbiciel kobiet w smokingach. Trend zmierza zdecydowanie ku zminimalizowaniu kobiecych elementów takich jak falbanki, koronki, podkreślanie talii czy kwiatowe wzory i wkracza w męskie rewiry. Proste, strukturalne kroje, męskie materiały, dodatki pożyczone z typowej męskiej szafy. Zresztą w drugą stronę jest podobnie. Nikogo już nie dziwią męskie T-shirty w kwiaty, bluzy z biżuteryjnymi dodatkami czy kroje blisko ciała. Nie wspomnę już o perfumach, gdzie ta granica zaciera się najbardziej. Dzisiaj praktycznie każda marka ma w swojej ofercie linię unisex.

Mój pierwszy kontakt z typowo męską rzeczą (Kenzo Pour Homme) był jeszcze w liceum. Och… od razu łezka kręci mi się w oku kiedy wącham te perfumy. Czas dojrzewania, pierwszej miłości, dorosłych przygód, wakacji bez rodziców. Te perfumy dla mnie są tak nacechowane emocjami, że ilekroć je wącham to miękną mi kolana. Do tej pory wracam do Kenzo Pour Homme. To powrót do czasów beztroski  zarówno dla mnie jak i dla Mójciona. Dla mnie są bardzo męskie, dla niego bardzo kobiece. Każde z nas czuje w nich coś innego, ale dla nas obojga to powrót do naszego pierwszego spotkania.
Miałam pisać o androgyniźmie, a rozpisałam się o perfumach. Wracam, więc do tematu.

Potem długo nie zawracałam sobie tym trendem głowy, dopiero parę lat temu w mojej szafie zaczęły pojawiać się typowo męskie rzeczy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że podoba mi się ta ewaluacja. Najbardziej Lubię męskie dodatki, mam ich naprawdę sporo. Począwszy od męskich kapeluszy i kaszkietów po torby, krawaty i koszule na spinki. Mam też kilka męskich spodni (typu boyfriend oraz garniturowych), ale nie wyciągnęłam ich z szafy Mójciona – niestety nie jesteśmy kompatybilni od pasa w dół. Za to od pasa w górę zdarza mi się podbierać jego T-shirty, swetry, a nawet kurtkę.

Dzisiaj nie mam nic na sobie co należy do Mójciona, ale torba i buty są typowo męskie. Dużą brązową skórzaną torbę kupiłam za grosze w Intercomissie. Z pewnością należała do faceta, bo wraz nią dostałam w gratisie opakowanie po Lucky Strike (jaka kobieta pali takie papierosy?). Buty oryginalne skórzane fullbrooksy znalazłam w Tkmaxie na dziale męskim z wyprzedaży -90%. Kosztowały całe 49,9 zł. Domyślam się, że rzadko można spotkać faceta z rozmiarem stopy 39, po prostu czekały na mnie :). Są odrobinę za szerokie (bo wszak szyte na męską stopę), ale z wkładką dają radę.

Cała reszta to współczesna historia. Biała bluzka pomalowana na moje specjalne zamówienie przez utalentowaną Ewę, pochodzi z butiku Letycja – odzież ręcznie malowana. Spodnium, odrobinę przeze mnie przerobione z Zary, podobnie jak płaszcz, który uwielbiam. Też czekał specjalnie na mnie, samotnie z odprutymi wszystkimi zatrzaskami za całe 160 zł (przeceniony z 499zł). Okulary kupiłam na moim pierwszym Fashion Weeku u dziewczyn z Brylowni. I oto cała ja. Jak Wam się podoba moja wersja męskiego looku?

Do zobaczenia

Ewa















bluzka ręcznie malowana - letycja
płaszcz, spodnium - zara
brooksy - tkmaxx
torba - intercomiss
okulary - brylownia

wtorek, 17 lutego 2015

mała czarna i pióra




Jest już połowa lutego, a ja nie zwróciłam uwagi na  pierwszą połowę na tyle dokładnie, żeby coś Wam o niej opowiedzieć. Jestem pewna, że ten paradoks ktoś gdzieś opisał i ma nawet swoją nazwę, ale w tej chwili nie chce mi się błądzić po czeluściach Internetu… W każdym razie, w skrócie chodzi o to, że dla większości ludzi (w tym też dla mnie) lepiej jest jak ma się więcej niż mniej do zrobienia. Im więcej zadań tym lepiej radzę sobie z organizacją czasu.

Z tego właśnie powodu dopiero zaczynam się rozkręcać. Właśnie teraz kiedy skończyły się ferie, właśnie teraz kiedy zaczęłam nowe projekty i znowu większość dnia spędzam w dresie (taka praca…:)). Właśnie teraz kiedy zamiast kawą podnoszę sobie ciśnienie rozkładem dnia wypełnionym po brzegi. Jest jeszcze lepiej, kiedy od rana atakuje mnie słońce i nie pozwala narzekać na szaroburą zimopluchę. Jestem wtedy w stanie znieść dużo więcej, nawet żołądek karmię promieniami słońca (cokolwiek to oznacza sic!).

Sukienkę miałam Wam pokazać przed Walentynkami… ale doszłam do wniosku, że burgundowe szpilki będą gościły na moich stopach w dzień powszedni – tak bardzo mi się podobają, wraz z małą czarną tworzą duet idealny.  Mała czarna torebka z piórami też stała się moją ulubioną… jest wprost idealna żeby położyć ją na stoliku obok zapalonej świecy i w towarzystwie małż w białym winie. Żałuję, że nie było jej ze mną w Paryżu, pokazałbym jej idealnie zrobione ślimaki  i kawałek miasta, które nigdy nie zasypia.

Jest już prawie pierwsza w nocy, właśnie zaczęło sypać największymi płatkami śniegu jakie w życiu widziałam. Jest tak cicho, że nawet bose stopy na podłodze to krzyk w ciemności.

Dobranoc kochani,

Do zobaczenia rano.

Ewa














torebka - letycja
mała czarna - zara
szpilki - badura
zegarek - certina
pierścionek - pandora

Choose your language

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...