Pokazywanie postów oznaczonych etykietą venezia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą venezia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

wielki błękit i trochę folkloru



Już prawie zapomniałam, że święta spędziliśmy nad Bałtykiem. Ale jak widzę te zdjęcia i przypomnę sobie to światło tamtego dnia, mam ochotę biec na pociąg i spędzić w nim nawet 8 godzin, żeby tylko poczuć na sobie to obezwładniające uczucie błogości. Tyle życia można zgromadzić w kilka chwil, prawie tyle, żeby starczyło do następnego razu. Do następnego załamania pogody w mojej głowie.

Nie ma w tym zestawie nic z nowinek modowych, nie znajdziecie tego poncza w żadnym sklepie. Lumpeksowe znalezisko, niewątpliwie wełniane, szyte prawdopodobnie w jednym egzemplarzu bo niektóre ściegi są ręczne. Urzekło mnie swoją infantylnością. Tymi dosłownymi kwiatkami, tym małym kapturkiem i ręcznym wykonaniem. Nie wiem dlaczego, ale czasami kicz pociąga mnie na równi z minimalizmem. Szukałam więc dla niego idealnego minimalnego tła i myślę, że znalazłam. Molo w Kołobrzegu pięknie uwydatniło to folkowe cudo.

Jak się Wam podoba?

Do zobaczenia

Ewa








Photos by Stand Up Fashion

ponczo - sh/bigastyl
golf - benetton
spodnie - diesel
buty, torba - venezia
okulary - zara

środa, 22 kwietnia 2015

Wielkanoc nad Bałtykiem




„Należę do osób, które czytają raczej wolno. 
Czytam powoli linijka po linijce. 
Nie przeszkadza mi to, lubię się rozkoszować tekstem”
H. Murakami „ Kawka nad morzem”

Tak jest też ze mną, tylko, że ja rozciągam tę przypadłość  zaletę na wiele czynności. „Najlepiej wychodzi ci spanie” – wtrącił by pewnie Mójcion. No fakt, trudno się nie zgodzić, że w objęciach Morfeusza czuję się tak, jakbym ułożyła się w łożu z mchu, paproci i czarów. Celebruję każdą minutę snu, i przeciągam nieprzyzwoicie powrót do rzeczywistości.

Wielkanoc spędziliśmy w Kołobrzegu i miałam kolejną okazję do rozkoszowania się, w tym wypadku lista jest bardzo długa, ale najbardziej, najbardziej do rozkoszowania się wiatrem. Cieszyłam się jak dziecko na myśl o wywianiu mnie na wszystkie cztery strony świata. Bałtyk mnie nie zawiódł, nigdzie nie wieje tak pięknie jak tam. Kto z Was był w Kołobrzegu to wie, że można wybrać trzy drogi spacerowania „nad morzem”. Można chodzić po parku, słuchając szumu morza i celebrować widoki raz na 500 metrów. Idziesz sobie, szumią drzewa, biegacze prężą łydki, kiedy nagle zza drzew wyłania się kawałek wielkiej wody. W tej wersji wiatr jest łaskawy i czasami wydaje się, że Bałtyk jest łagodny jak baranek. Wersja nie dla mnie.

W wersji pośredniej spacerując promenadą, komfortowo stąpając po kostce brukowej (można nawet założyć szpilki, zdjąć czapkę i rozmawiać bez konieczności krzyczenia do siebie), morze towarzyszy nam przez cały czas w odległości 20 metrów. Co prawda jest jak na Krupówkach 1 maja, ale jak się wysilisz i zignorujesz 39 osób na 1 metrze kwadratowym i uda Ci się nie wpaść pod rower, to możesz powiedzieć, że zaliczyłeś spacer nad morzem.

Ja wybieram zawsze full opcję. Uwielbiam Bałtyk w najbliższej możliwej wersji. Najlepiej boso w wodzie. Przypomniałam sobie jak bardzo mi tego brakowało, kiedy piasek wdzierał mi się beztrosko w uszy, a po ułożonych włosach nie został nawet ślad. Szum w głowie był tak duży, że trzeba było szukać swoich myśli pośród tego wiatru. Łzy w oczach od soli w powietrzu i ze szczęścia, że można być tak blisko żywiołu. Prawie dotknąć tej wielkiej siły, cieszyć się z każdego policzka od wiatru, każdego liźnięcia słoną wodą. To była pełnia szczęścia, plaża tylko dla najodważniejszych. Nieliczne jednostki musiały się dociążać, żeby nie zostać wywianym. Mieć codziennie taki widok, to wydaje się wręcz nierzeczywiste. Potraficie to docenić wybrańcy losu?

Do zobaczenia


Ewa










kaszmirowy płaszcz, sweter - sh Bigastyle
spodnie, koszula - next
buty - venezia
zegarek - michael kors
rękawiczki - wittchen
okulary - zara
kolczyki - h&m

środa, 4 marca 2015

światłoczuła





Pogoda jest dokładnie taka sama jak mój nastrój. Na przemian słońce i załamanie pogody. Jestem tak bardzo światłoczuła jak to możliwe. W sumie to powinnam sprawdzać pogodę i odpowiednio wcześnie reagować, ale problem jest bardziej skomplikowany. Tak skomplikowany jak kobieta. Nie dość, że nie rozumie nas nikt (w szczególności faceci) to my same też siebie niejednokrotnie nie rozumiemy. Czasami zdaje mi się, że do szczęścia jest mi potrzebna tylko dawka kofeiny z mlekiem (szczególnie o 7.00 rano, a potem kolejno o 12.00 i 15.00), ale proces odzyskiwania siebie po okresie bez słońca jest bardziej skomplikowany. Dzisiaj podam Wam na tacy kilka moich ulubionych i sprawdzonych „dawek słońca” w pochmurne dni.
Można używać bez ograniczeń!!

1.       Wizyta w księgarni zawsze poprawia mi nastrój. Zdradzę Wam sekret: Był taki czas kiedy w tajemnicy przed Mójcionem po pracy wpadałam do Empiku (niestety teraz nie mam po drodze) i siadałam między regałami na podłodze w dziale dziecięcym. Czytałam i wąchałam. Do tej pory nie mogę się zdecydować co mi bardziej poprawia nastrój czytanie książeczek dla dzieci czy ich wąchanie… Supermarkety z działami książkowymi niestety nie wchodzą w tę opcję. Brak klimatu nie poprawi mi nastroju. W sumie antykwariat też mógłby być, ale niestety nie znam takiego z klimatem, gdzie nie śmierdzi stęchlizną i można posiedzieć na podłodze bez narażania się na niewybredne komentarze. Dajcie znać jak taki znacie w woj. śląskim.

2.       Ciepła, chrupiąca bułeczka z masłem (nie z żadną tam margaryną) i konfiturą morelową, kubkiem parującej kawy, wełnianymi skarpetami na stopach i książką na kolanach. To jest trudne do wykonania, ale daje stuprocentową pewność na dobry początek dnia bez chandry.
W sumie to można podrasować wczorajsze czerstwawe bułki na tosterze albo w piekarniku i też gra gitara.

3.       O każdej porze i w każdym czasie przytulaniec na łyżeczkę. Najlepiej nadaje się taki duży i męski osobnik z dobrze rozwiniętą empatią.

4.       Wtulanie się w ciepłe ciałka dzieci i wąchanie ich za uszami i nie puszczanie choćby piszczały i krzyczały: mamo już dość, już wystarczy, puść już, oj to łaskocze, mamooooo już nie mogę, mamo chce mi się siku!

5.       Duży kawałek ciasta czekoladowego z chili i sosem balsamicznym. O raju, oszalałam na punkcie tego smaku. Pierwszy raz zrobiłam to ciasto miesiąc temu i od tego czasu robiłam je już chyba z sześć razy. Jest boskie, jest obłędne i jest uzależniające. Tak przyznaje się, jestem uzależniona, nawet dzieciaki (choć nie przepadają za ostrymi smakami) za nim szaleją. W sumie to nie znam osoby, której by nie smakowało (chyba, że mnie oszukują…).

6.       No i co z tego, że słońce nie świeci? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to stan przejściowy. Przecież to tylko deszcz, wiatr albo śnieg.

Kiedyś gdy jeszcze więcej chodziłam niż jeździłam samochodem lepiej znosiłam braki słońca. Wiedziałam co to parasol, miałam kalosze, wygodną torbę. Szpilek miałam sztuk zero. Teraz mam więcej szpilek niż butów na płaskim obcasie (samochód), wielkie torby, w których przenoszę cały dobytek z samochodu w inne miejsca, a parasola nie rozkładałam od lat. Nie mam kaloszy (w samochodzie nie są potrzebne). Mam za to huśtawki nastrojów i ciepełko pod pupą.
I choć w dalszym ciągu przychodzi mi to z trudnością, to zdarza mi się wysiąść z samochodu i przyjrzeć się przez kilka chwil wschodowi słońca, zrobić „oreła” na śniegu albo stać z otwartą buzią i smakować deszcz. Nic a nic tak dobrze mnie nie nastraja jak małe szaleństwa w poukładanym co do minuty planie dnia.

Wiecie co, zaczęłam pisać tego posta kiedy z nieba walił śnieg, a południe przypominało raczej zmierzch. Teraz świeci słońce jak w piękny wiosenny dzień, a niebo ma kolor najpiękniejszego błękitu.

I jak tu nie wierzyć słowom, że jesteśmy siłą sprawczą naszego życia?

Na koniec słoneczne zdjęcia z Krakowa.

Do zobaczenia


Ewa








płaszcz, okulary, spodnie - zara
golf - sh
rękawiczki - no name
torba - venezia
sztyblety - gino rossi
szalik - h&m men

piątek, 20 lutego 2015

biały kołnierzyk i nerdy



Niektóre rzeczy mają po prostu w sobie to coś. Oczywiście nie wszyscy tak sądzą, a mogę śmiało powiedzieć że jeśli chodzi o okulary na mym nosie, to pewnie niewiele z Was myśli podobnie. Na czele z Mójcionem. On uważa, że wyglądam w nich jak Gucio, który chciał być kobietą i wieczorami daje się ponieść wyobraźni.

Te okulary moim zdaniem mają w sobie to coś. Po pierwsze lubię je niezmiernie, po drugie poziom zadowolenia z siebie wskakuje mi w nich o oczko w górę, a po trzecie to kwintesencja kujoństwa – dla mnie to egzotyczne zjawisko trochę z pogranicza science fiction, które zawsze chciałam poczuć, ale nigdy na tyle się nie starałam.

W połączeniu z bardzo formalnym wyglądem typu pani profesor wzbudza we mnie delikatne drżenie serca. Nic mi z opinii Mójciona, to już pewne, zostają ze mną na stałe.  Czasami na nosie – jak mi będzie smutno i źle. Drżenie serca jest dzisiaj prawie na wymarciu. Nie pozwolę mu umrzeć!

Do zobaczenia


Ewa








Miejsce zdjęć - hotel Qubus Kraków

koszula - next
bluzka - sh
spodnie, okulary - zara
szpilki - badura
torba - venezia
zegarek - michael kors
bransoletka - prezent
pierścionek - pandora


czwartek, 8 stycznia 2015

retrospekcja






Myślałam, że nie potrzebuję rozliczenia z rokiem 2014 i radośnie pozwoliłam temu postanowieniu zakiełkować w głowie i zapuścić korzenie. Bo postanowienia ze stycznia 2014 okazały się zadrukowaną i to wirtualnie kartką, która miała dobry początek ale niestety zły koniec.

 Tym razem powiedziałam nie wszelkim postanowieniom, planom i bilansom. I czułam się z tym dobrze dopóki pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Bezsenność raczej się nie wydaje nikomu dziwna, bo przecież każdemu od czasu do czasu się zdarza. Mnie wcześniej się nie zdarzało. Szybkość zasypiania mogłam liczyć w centymetrach zbliżania się głowy do poduszki. Nawet po ciężkim dniu, nawet bardzo zmęczona fizycznie.

 Na sen mogłam liczyć zawsze.

To nowe doświadczenie tak mnie zaskoczyło, że zaczęłam się wpatrywać w obrazy w głowie. Wybuchały coraz to nowe pomysły i nie wiadomo kiedy zaczynały żyć swoim życiem nabierając coraz to nowych pobocznych wątków. To co było, to co jest, co będzie. Pomysły rodziły się przez pączkowanie, a ja zwinięta w kłębek i szczelnie owinięta kochanym ciałem nie podobna z zewnątrz do swoich myśli liczyłam. Najpierw minuty, potem panicznie bijące serce, potem oddechy Mójciona, aż w końcu przyjrzałam się z bliska również retrospektywnym wybuchom mijającego roku. Widocznie podświadomie potrzebowałam rozliczenia, żeby móc stawić czoło moim ograniczeniom i lękom.

Rozliczyłam się z niektórych spraw sama przed sobą. Z niektórymi nie potrafię się zmierzyć w dalszym ciągu. Przyjdzie jeszcze czas. Odpowiedziałam sobie na pytania, na które myślałam że już dawno znam odpowiedź. Okazało się, że odpowiedź może być więcej niż jedna, i co więcej może ewoluować razem ze zmieniającym się krajobrazem życia. Wraz przybywającymi zmarszczkami przybywa mi odpowiedzi.

W dalszym ciągu zamiast obejrzeć serial wolę popłakać się do łez na Top Gear. Cieszę się z każdego spotkania z przypadkowym kotem i nie mogę żyć bez kawy. Zaczęłam lubić bieganie , a myślałam, że nienawidzę.

W dalszym ciągu mam wyrzuty sumienia gdy pochłaniam czekoladę i podnoszę głos na dzieciaki. Ciągle mam obsesję na punkcie szpilek (w których nie powinnam chodzić) i usycham bez słońca.

I w dalszym ciągu jestem szczęśliwa, ale potrzebuję, żeby ktoś mi o tym od czasu do czasu przypomniał.

Do zobaczenia

Ewa











kurtka, czapka, rękawiczki - carry
spódnica - fare
torebka - venezia
szalik, bluzka, sweter - sh
buty- panama jack

środa, 10 grudnia 2014

pierścień mocy




Jeżeli to co widzicie na zdjęciach Wam się podoba, to znaczy chodzi mi głównie o okrycie wierzchnie (sic!), i już się zbieracie żeby zapytać gdzie i za ile, to muszę Was zmartwić. Ja typową szafiarką nie jestem chociaż szafę mam i owszem, to nie wiszą w niej nowości z sieciówek, nie stoję w kolejkach przed premierą,  kolekcji gdzie z najwyższą czcią z wypiekami na twarzy dziewczyny szepczą sobie nazwiska Margiela, McCartney, Dello Russo czy nawet ostatnio Wang (choć go bardzo lubię). Jednym słowem to co mam na sobie trudno będzie kupić.

Dlatego zamiast gotowego „kupicie tu… kosztowało tyle i tyle” opowiem Wam historię tych kilku rzeczy.

Nie wiem co Wam może spodobać się najbardziej z tych na mym grzbiecie szmatek, zgaduję jednak, że prawdopodobnie jest to ten wełniany oversizowy szary sweter. Też go bardzo lubię. Gdyby kiedyś ktoś z Was zechciał mnie odwiedzić w mojej szkole i trafił akurat na przerwę, to mógłby odnieść wrażenie, że ten oto szarak jest ubraniem roboczym dla nauczycielek. Tak tak, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że tak pomyślicie i jeszcze zapewne – ale fajna szkoła! Mam bowiem koleżankę, która dystrybuuje te oto szaraki. A popyt na nie przewyższa ten, na ziołowe środki uspokajające dla nauczycieli. Widocznie owcza wełna ma nieznane dotąd właściwości kojące zszarpane nerwy.
Ja też uległam. Mam swojego szaraka i nie zawaham się go użyć w celu pokonania zimy i tym powyższym też.

Lniane spodenki kupiłam, a raczej wymieniłam w Monnari. Oczywiście był to zakup nieplanowany (jak prawie wszystkie w mojej szafie). Pojechałam tam tylko dlatego, że dostałam smsa, że moja reklamacja torebki została pozytywnie rozpatrzona. Świetnie! Pomyślałam ucieszona nieplanowanym spędzeniem czasu na zakupach "przy okazji….". Wymienić torebki na nową nie mogłam bo takich już nie było, więc zamiast czarnej „Tote” wyszłam z czarnymi totalnie przecenionymi spodenkami z czystego grubego lnu. Grunt to rotacja w szafieJ.

Botki w cudownym odcieniu szarej zamszowej skóry przyjechały ze mną z Rzymu. Drugi sezon już cieszą moje oczy, niestety trochę mniej stopy, bo jak to zazwyczaj bywa z pięknem, noszenie go bywa bolesne. Znoszę go jednak dzielnie widząc zachwyt w oczach koleżanekJ.

Kolej na czarny płaszcz, ale nie będę się nad nim rozwodzić, bo już występował na blogu poczytajcie o nim TUTAJ.

Ale dla mnie bohaterem tej „stylizacji” jest  „Pierścień Mocy” – jak nazywa go Joanna. Bohaterem jest z dwóch powodów. Pierwszy, który widać gołym okiem – jest po prostu piękny, a na dodatek posiada tę rzadką cechę, która powoduje, że to co masz na sobie nie ważne jak to jest szare i nijakie staje się nagle czymś wyszukanym , ba nawet pożądanym!!!!

Drugi powód - niewidoczny gołym okiem kryje w sobie ckliwą historię. Pewnie zauważyliście, że początek roku szkolnego był dla mnie ciężkim okresem. Poziom endorfin we wpisach był niebezpiecznie niski jeśli nie poniżej stanu krytycznego. Właśnie wtedy przywędrowała do mnie ta cudowna bombeczka zrobiona przez zdolne ręce Joanny z Herstory Design. Nie był to bynajmniej zbieg okoliczności tylko zamierzone (i trafione w sedno) działanie celujące w zbierające się nad moją głową chmury burzowe. Pocisk trafił i chmury się rozwiały, chociaż trzeba było czasu, żeby słońce się przedarło. Niemniej Joanno jesteś wielka i dziękuję Ci z całego serca za pamięć i „Pierścień Mocy”. Niech Moc będzie i z Tobą!!!! Tak więc na sam koniec dobra nowina. Przynajmniej jedna rzecz z tych co mam na sobie jest dostępna  dla wszystkich. Można go kupić TUTAJ.

Na tym się kończy ta historia pozlepianych wydarzeń. Tworzy tę oto szaro – czarną całość z akcentem świątecznym .

Niech moc będzie też z Wami!!!!

Do zobaczenia


Ewa









Photos by Stand Up Fashion

płaszcz - DIY
spodnie - monnari
buty - butik w Rzymie
torebka  - venezia
pierścionek - herstory design
bransoletka - by dziubeka
zegarek - certina

Choose your language

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...