Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stradivarius. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stradivarius. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 marca 2014

o zmierzchu i o świcie - jestem kobietą



Moje ulubione pory dnia zmierzch i świt.  Paradoksalnie ani jednej ani drugiej nie mam czasu kontemplować, bo ostatnio rzadko co kontempluję, z najzwyczajniejszego braku czasu. Zmierzch jeszcze ostatnio zapadał jak wracałam z pracy, witałam go ze smutkiem jadąc do domu, przez szybę samochodu. Dzisiaj zapada wtedy jak stoję nad blatem kuchennym i modzę na szybko obiadokolację. Nie ma w tym nic z kontemplacji, ot zwyczajne życie. Ze świtem też jest nieciekawie, trochę jakby odwrotnie… Witamy się  w samochodzie, mrużę oczy jak wstaje dzień pędząc na ostatnią chwilę do pracy, a w weekendy nie mam siły żeby obudzić się i nacieszyć oczy i nozdrza zapachem nowego dnia.

Czasami myślę o tym żeby wysiąść z samochodu i na szczycie wzgórza patrząc na wschodzące Słońce powiedzieć:

Dzień dobry, jestem częścią świata i zrobię dzisiaj wszystko, żeby ta część była najlepsza.  Albo wyjść na spacer o magicznej porze kiedy noc powoli otwiera oczy i nasycić się zapachem tajemnicy i powiedzieć: Dziękuję, to był dobry dzień.

I wiecie co, tak właśnie zrobię.

Do zobaczenia, to był dobry dzieńJ.


Ewa






Photos by Stand Up Fashion

spódnica, bluzka - sh/biga styl
botki - stradivarius
płaszcz - zara
torba  - glitter
bransoletka - she bijou

wtorek, 11 września 2012

dejavu


Przejeżdżałam przez małą wieś schowaną wśród zielonych stoków gór i jestem pewna, że już tu byłam. Bardziej niż pewna. To była bolesna i chwytająca za serce świadomość, że należę do tego miejsca. Nie wiadomo skąd rozbłysły mi w głowie obrazy, nie wiadomo skąd głęboko wryte w moją świadomość. Światło zachodzącego słońca padające na kolorowe drzwi drewnianych domów. Kiedyś na pewno trzymałam w dłoni tę klamkę w kolorze czerwonym. Ból tęsknoty wzmaga jeszcze bardziej charakterystyczny zapach powietrza. Czułam już ten zapach, zapach szczęścia. Kolejne przepływające w głowie obrazy… kury zapalczywie szukające czegoś do jedzenia na zaniedbanym podwórku. Trzymam garść pszenicy w dłoni. Zgrabnym półkolem rzucam i zasypuję pszenicą cały ich świat –nierówne, zaniedbane klepisko.

Czy to była krótka retrospekcja z poprzedniego życia? Ulotne wspomnienie czyjegoś bytu zaplątane w mojej głowie? Przejechałam przez tą wieś nie zatrzymując się. Bałam się, że jak się zatrzymam, to przyjemne uczucie zniknie, gdy dotknę łuszczącej się farby na drzwiach i zanurzę dłoń w worku z pszenicą. Ta mała wioska będzie mi zawsze przypominać o tym, że ludzie bardziej niż im się wydaje należą do miejsc, które kochają lub kochali.

Zdarza się wam takie dejavu? Czy tylko mnie zdarzają się takie klimaty? Opowiedzcie mi o nich, bardzo chętnie posłucham.

Sceneria do robienia zdjęć nie jest może powalająca, ale pasowała mi do tego stroju. Spódnicę uszyłam sama. Materiał przypomina mi trochę wzory z kolekcji Marni lub Prady. No i bardzo lubię połączenie koloru niebieskiego z brązem.

Miłego oglądania kochani. 

















Photos by Stand Up Fashion

kurtka - mohito
bluzka - river island
spódnica - DIY
buty - venezia
torebka - moda lu
pasek - stradivarius
kolczyki - i'am



niedziela, 19 sierpnia 2012

sicilian woman


Wczoraj zostałam zachęcona pod małym naciskiem do obejrzenia po raz kolejny Ojca Chrzestnego. Pierwsze dwa razy nie dotrwałam do połowy. Po raz trzeci starałam się zrozumieć uwielbienie dla filmu przez Mójciona. Nie wyszłoLLL.

Ale ten ostatni raz rozjaśnił mi trochę w głowie. Chyba zaczynam rozumieć w czym rzecz. Zaczęłam wiązać fakty ze sobą i doszłam do wniosku, że ten film opowiada o trzech rzeczach, których pragną mężczyźni.

Uznanie. Komplementy. Seks. 

Ja do tego dodałabym jeszcze rodzinę. Ale do ostatniego nie przyzna się każdy mężczyzna. Za to do trzech pierwszych, i owszem.
Zagadka rozwiązana. W tym filmie jest wszystko. Szowinistyczni z natury faceci uwielbiają delektować się światem, gdzie prawdziwi mężczyźni są bezwzględni, honorowi, a kodeks postępowania jest twardszy od zimnej stali w dłoni. A kobiety? Są potulne, naiwne i czasami porywcze. Najlepiej w łóżku. Najbardziej Włoszki.

Rozjaśniło mi się w głowie po pierwszej scenie filmu (notabene chyba najlepszej). Jest jeszcze kilka interesujących scen, które z przyjemnością obejrzę jeszcze raz. Tak jak scena z Peterem Clemenzą pośród ogromnych traw, ze Statuą Wolności w tle. „Zostaw pistolet, weź cannoli” – mówi ze stoickim spokojem Clemenza po zastrzeleniu kolegi. A cannoli jak by ktoś nie wiedział to rurki z kremem…

Tak więc, wiem już czym ten film się je i dlaczego mężczyźni klęczą przed telewizorem oglądając scenę chrztu.

Podsumowując ja mogłabym się podpisać cytatem Virgilla Solozzo: „Nie cierpię przemocy Tom, jestem biznesmenem. Krew to duży wypadek...”

Ta stylizacja bardzo pasuje mi do tematu mafii sycylijskiej. Top jest przerobiony ze starej koronkowej spódnicy. Spodnie kupiłam w second handzie i spędziłam nad nimi kilka nocnych godzin żeby je przerobić. Spodobał mi się materiał. To bawełna z domieszką jedwabiu i pięknie się układają. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

Do zobaczenia kochani.
















Photos by Stand Up Fashion

top - DIY
spodnie - sh+DIY
szpilki - stradivarius
torebka - sh
pasek - promod
zegarek  - michael kors
bransoletki - ooh! Andy i cubus
okulary - allegro
kolczyki - h&m


poniedziałek, 4 czerwca 2012

yellow silk dress

      Wizyta u fryzjera to dla wielu kobiet miłe i przyjemne doświadczenie, a czasami nawet terapeutyczne. Ja niestety nie należę do tej grupy. Nienawidzę tych wizyt, a wynika to w większości przypadków z traumatycznych doświadczeń. Nie rozumiem czerpania przyjemności z tego, że ktoś mnie wyszarpie, spróbuje umyć fachowo włosy, co zawsze kończy się mokrym kołnierzykiem i migreną. Jestem trudnym przypadkiem na krześle fryzjerskim. U mnie zakończenia nerwowe (w szczególności receptory bólu) zadomowiły się tłumnie właśnie na głowie, inne miejsca omijając szerokim łukiem. Cierpię bardzo jak ktoś próbuje mi udowodnić, że włosy to tylko włosy, co tam jak kilka wypadnie. Utrata kilku akurat mi nie przeszkadza, włosów mam pod dostatkiem (dziękuję temu kto to sprawił). Niemniej nie mogę zaakceptować potraktowania ich jak prania robionego w tradycyjny sposób. „Przepraniu” moich włosów na tarze w lodowatym strumieniu mówię stanowcze NIE!!!

   Rozumiem, że w salonie fryzjerskim, nawet tym najbardziej ekskluzywnym, nie zawsze pracują osoby z odpowiednim poziomem empatii, ale do cholery już trzylatek rozumie zdanie pojedynczo złożone z naciskiem na BARDZO PROSZĘ. Z tego też powodu i z wielu jeszcze innych traumatycznych przeżyć w salonach fryzjerskich (np. zafarbowanej białej ukochanej koszuli wraz z głową) moje wizyty ograniczam do minimum z minimum.

   Zaliczyłam już prawie wszystkich fryzjerów w okolicy (hahahaha, to oczywiście znaczy odwiedziłam). W większość to mężczyźni i nie znalazłam mojego powiernika, terapeuty i przyjaciela od włosów.

   Mam przed oczami obraz Ewy (głównej bohaterki „samotności w sieci”), która do swojej fryzjerki wpada bez zapowiedzi (ewentualnie oznajmia przez telefon, że ma doła i będzie za 10 minut). Wchodzi do pustego salonu, siada na designerskim krześle stojącym przed kryształowym lustrem. „Mistrz”, w tym wypadku mistrzyni, dotyka jej ramienia, patrzy zza jej pleców w oczy odbijające się w kryształowym lustrze i zna już jej wszystkie smutki, bolączki i żale. Przynosi kawę z wkładką procentową (bo czyta jej myślach, i wie że przyjechała taksówką). Po czym z wprawą wirtuoza gry na harfie plecie jej najwspanialszego warkocza wokół głowy, odsuwając smutki wraz kolejnym łykiem kawy i kolejnym centymetrem zaplatanego warkocza.

  Czytałam tę scenę kilka razy i za każdym myślałam: boże co za brednie. Opis utwierdził mnie w przekonaniu, że to co czytam to fikcja literacka. Autor jest mężczyzną, więc nie za bardzo wie jakie są prawdziwe potrzeby kobiet u fryzjera. Wszak ja wtedy pragnęłam tylko wyjść z salonu bez migreny.
   
  Długo tak myślałam, aż znalazłam fryzjera prawie idealnego. Do szczęścia brakowało tylko wkładki do kawy i taksówki czekającej za rogiem. Przygoda nasza niestety była zbyt krótka. Mistrz mój wyjechał do Hiszpanii porwany przez blond lalę w brązowym Cadilacu i z rozmiarem biustu… ech szkoda gadać.

  W każdym razie, nadal jestem w punkcie wyjścia. Wychodzę z salonu z migreną, nikt nie przejmuje się moimi dołami, nie częstuje kawą z wkładką i ma gdzieś czy do niego wrócę.

  Apeluję do Was kochani, może znacie kogoś kto spełni choć jeden punkt z długiej listy moich fryzjerskich marzeń?

Pozdrawiam Was gorąco, życząc takiego „mistrza” jakiego miała Ewa…

























Photos by Stand Up Fashion

sukienka - sh
buty - stradivarius
torebka - mohito
zegarek - michael kors
okulary -allegro


Choose your language

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...