poniedziałek, 18 maja 2015

marzenia z dzieciństwa





Spełnianie marzeń z dzieciństwa jest jedną z najwspanialszych rzeczy na świecie

Nie pamiętam kiedy moja fascynacja końmi się zaczęła. Chyba pod koniec podstawówki, może siódma klasa. Pamiętam, że w tajemnicy przed mamą w nocy narysowałam wielkiego konia na swojej szarej tapecie w pokoju, byłam przekonana, że nieźle mi się oberwie. Podświadomie chyba liczyłam na jakiś odzew. Nawet burę, byleby ktoś zapytał. Moje nieudolne próby komunikowania swoich marzeń na ścianie w pokoju zauważone zostały dopiero po tygodniu. Żadnego komentarza, żadnych krzyków, że mam to zedrzeć, zamalować tudzież coś z tym zrobić… Nikt nie pytał dlaczego, o co chodzi, po co to zrobiłaś. Ja nie mówiłam, nie prosiłam… Ta żałosna próba powiedzenia o swoich marzeniach została na tej ścianie aż do studiów.

Przez kilka lat zdarzyła się tylko jedna okazja podczas obozu młodzieżowego w Bieszczadach, kiedy kilka razy dosiadałam konie Huculskie bez siodła. To były najpiękniejsze wakacje w moim nastoletnim życiu. Wszystko było nowe, wszystko było pierwsze. Pierwszy raz w Bieszczadach, pierwsza noc w stodole, pierwsza praca, którą sobie sama załatwiłam i wybłagałam od rodziców żeby na nią pozwolili. Pierwsza noc pod gwiazdami, pierwszy kłus na oklep, pierwsza miłość, która została w sercu już na zawsze. Bieszczady.

Z marzeniami tak to bywa, że czasami są tak bardzo wyraźne, że każde o nich myślenie powoduje rozdzierający ból w piersiach. Wtedy tęskniłam już nie tylko do gładkiej sierści i głuchego odgłosu kopyt oraz zapachu stajni. Tęskniłam za Bieszczadami. Tęskniłam za dzikim życiem i za czymś co trudno jest zwerbalizować. Wolnością?

W Bieszczady wracałam od tamtej pory wielokrotnie, niestety nigdy nie było mi po drodze żeby wrócić też na koński grzbiet. Marzenie z dzieciństwa trochę się przykurzyło, aż do momentu, kiedy to Mójcion postanowił, że majówkę spędzimy na wsi.

Na początku nie byłam świadoma, że ten wyjazd skończy się tym, że moje dzieci praktycznie „zamieszkają w stajni”, a ja będę mogła spełnić swoje marzenie z dzieciństwa. Co tu dużo mówić, mam nadzieję, że zdjęcia oddadzą klimat i piękno tego miejsca i jego mieszkańców.

Antonielów jest malowniczo położoną wsią wśród łąk i lasów. Poprzecinana pięknymi trasami rowerowymi i biegowymi. Stajnia Ostoja, gdzie się zatrzymaliśmy na te kilka dni, to taka wisienka na torcie. Każdy z jej mieszkańców zasługuje na osobną historię, ale to co jest dla mnie najważniejsze, to w jaki sposób są tutaj traktowane konie. Nie wiem czy jest jakieś powiedzenie łączące związek konia z jego właścicielem, ale dla mnie pasuje tutaj idealnie powiedzenie „Jaki właściciel, taki koń”. A uwierzcie mi Pan Piotr jest uosobieniem spokoju.

Zostawiam Was w takim razie ze zdjęciami z naszej bardzo udanej majówki.

Do zobaczenia

Ewa






















środa, 6 maja 2015

tarta czekoladowa z malinami



Nie wiem czy istnieje doskonalsze połączenie: migdały, czekolada i maliny. Przy tym przepis na tę tartę jest tak prosty do zrobienia, że można ją przyrządzić nawet w chwili wielkiego czekoladowego głodu. Za 20 minut będzie gotowa. Ta wersja przepisu jest na 4 średnie tartaletki. Ja takowych nie miałam, więc zwiększyłam składniki o połowę i wyszła standardowa tarta. Na pewno Wam będzie smakowałaJ

No to siup!

Składniki:

Spód:
200 g mielonych migdałów
4 czubate łyżki miodu
łyżka masła
2 łyżki mąki

Krem:
200 g gorzkiej czekolady (może być mleczna jeśli ktoś nie lubi)
4 łyżki gęstego soku z malin
125 ml mleka
1 laska wanilii
szczypta soli


Wykonanie:
Foremki lub formę na tartę smarujemy masłem i oprószamy mąką. Migdały mieszamy z miodem i wyciskamy do tartaletek. Wkładamy do piekarnika na 10 minut na termoobieg w temp. 180 stopni.

Krem:
Mleko zagotować z laską wanilii i wyłuskanymi nasionkami.  Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Wlać do niej ciepłe mleko z wanilią, dodać szczyptę soli i sok malinowy. Na tartaletek lub tartę wylać krem i ułożyć świeże maliny. Włożyć do lodówki do szybszego stężenia kremu, ale taka na ciepło też jest super!!!!

Smacznego!

Do zobaczenia 

Ewa




czwartek, 30 kwietnia 2015

paryski szyk z odrobiną nonszalancji






Jak bym mogła zabrać ze sobą do Paryża tylko jeden zestaw ubrań, to zdecydowanie byłaby to biała koszula, luźne spodnie, wygodne buty, coś na grzbiet i torebka, w której zmieści się coś więcej nić portfel i komórka. Co prawda Paryż na tych zdjęciach jest tylko w mojej głowie, a za mną widzicie wielki błękit, Bałtyk i piasek, ale taki zestaw pasował mi idealnie do tego słońca, do mojego nastroju i do okazji (Lany Poniedziałek).

Taki minimalistyczny look z odrobiną nonszalacji (podwinięte nogawki spodni i brooksy) bardzo mi pasuje do tego wykreowanego w magazynach paryskiego szyku. W rzeczywistości paryżanki ubierają się bardzo zwyczajnie. A im dalej od centrum, tym gorzej. Moda tak jak gastronomia w Paryżu rządzi się prawami miejsca. Za cenę kawy w Szóstej Dzielnicy można zjeść lunch w Dwunastej. Dobrze ubrane paryżanki spotkasz w Marais, ale w Barbes królują jedynie turbany i haremki. Chyba trochę Marais zostało w moim sercu i przywiozłam go ze sobą nad Bałtyk. W końcu żyje się tylko raz, nawet za cenę wywiania wszystkich komórek mózgowych.

Do zobaczenia


Ewa









spodnie, okulary - zara
brooksy - tkmaxx
marynarka - ralph lauren
zegarek - michael kors
bransoletka - pandora
torebka - no name

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

wielki błękit i trochę folkloru



Już prawie zapomniałam, że święta spędziliśmy nad Bałtykiem. Ale jak widzę te zdjęcia i przypomnę sobie to światło tamtego dnia, mam ochotę biec na pociąg i spędzić w nim nawet 8 godzin, żeby tylko poczuć na sobie to obezwładniające uczucie błogości. Tyle życia można zgromadzić w kilka chwil, prawie tyle, żeby starczyło do następnego razu. Do następnego załamania pogody w mojej głowie.

Nie ma w tym zestawie nic z nowinek modowych, nie znajdziecie tego poncza w żadnym sklepie. Lumpeksowe znalezisko, niewątpliwie wełniane, szyte prawdopodobnie w jednym egzemplarzu bo niektóre ściegi są ręczne. Urzekło mnie swoją infantylnością. Tymi dosłownymi kwiatkami, tym małym kapturkiem i ręcznym wykonaniem. Nie wiem dlaczego, ale czasami kicz pociąga mnie na równi z minimalizmem. Szukałam więc dla niego idealnego minimalnego tła i myślę, że znalazłam. Molo w Kołobrzegu pięknie uwydatniło to folkowe cudo.

Jak się Wam podoba?

Do zobaczenia

Ewa








Photos by Stand Up Fashion

ponczo - sh/bigastyl
golf - benetton
spodnie - diesel
buty, torba - venezia
okulary - zara

środa, 22 kwietnia 2015

Wielkanoc nad Bałtykiem




„Należę do osób, które czytają raczej wolno. 
Czytam powoli linijka po linijce. 
Nie przeszkadza mi to, lubię się rozkoszować tekstem”
H. Murakami „ Kawka nad morzem”

Tak jest też ze mną, tylko, że ja rozciągam tę przypadłość  zaletę na wiele czynności. „Najlepiej wychodzi ci spanie” – wtrącił by pewnie Mójcion. No fakt, trudno się nie zgodzić, że w objęciach Morfeusza czuję się tak, jakbym ułożyła się w łożu z mchu, paproci i czarów. Celebruję każdą minutę snu, i przeciągam nieprzyzwoicie powrót do rzeczywistości.

Wielkanoc spędziliśmy w Kołobrzegu i miałam kolejną okazję do rozkoszowania się, w tym wypadku lista jest bardzo długa, ale najbardziej, najbardziej do rozkoszowania się wiatrem. Cieszyłam się jak dziecko na myśl o wywianiu mnie na wszystkie cztery strony świata. Bałtyk mnie nie zawiódł, nigdzie nie wieje tak pięknie jak tam. Kto z Was był w Kołobrzegu to wie, że można wybrać trzy drogi spacerowania „nad morzem”. Można chodzić po parku, słuchając szumu morza i celebrować widoki raz na 500 metrów. Idziesz sobie, szumią drzewa, biegacze prężą łydki, kiedy nagle zza drzew wyłania się kawałek wielkiej wody. W tej wersji wiatr jest łaskawy i czasami wydaje się, że Bałtyk jest łagodny jak baranek. Wersja nie dla mnie.

W wersji pośredniej spacerując promenadą, komfortowo stąpając po kostce brukowej (można nawet założyć szpilki, zdjąć czapkę i rozmawiać bez konieczności krzyczenia do siebie), morze towarzyszy nam przez cały czas w odległości 20 metrów. Co prawda jest jak na Krupówkach 1 maja, ale jak się wysilisz i zignorujesz 39 osób na 1 metrze kwadratowym i uda Ci się nie wpaść pod rower, to możesz powiedzieć, że zaliczyłeś spacer nad morzem.

Ja wybieram zawsze full opcję. Uwielbiam Bałtyk w najbliższej możliwej wersji. Najlepiej boso w wodzie. Przypomniałam sobie jak bardzo mi tego brakowało, kiedy piasek wdzierał mi się beztrosko w uszy, a po ułożonych włosach nie został nawet ślad. Szum w głowie był tak duży, że trzeba było szukać swoich myśli pośród tego wiatru. Łzy w oczach od soli w powietrzu i ze szczęścia, że można być tak blisko żywiołu. Prawie dotknąć tej wielkiej siły, cieszyć się z każdego policzka od wiatru, każdego liźnięcia słoną wodą. To była pełnia szczęścia, plaża tylko dla najodważniejszych. Nieliczne jednostki musiały się dociążać, żeby nie zostać wywianym. Mieć codziennie taki widok, to wydaje się wręcz nierzeczywiste. Potraficie to docenić wybrańcy losu?

Do zobaczenia


Ewa










kaszmirowy płaszcz, sweter - sh Bigastyle
spodnie, koszula - next
buty - venezia
zegarek - michael kors
rękawiczki - wittchen
okulary - zara
kolczyki - h&m

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

podkład mineralny i korektor - era minerals - recenzja





Do kosmetyków mineralnych zapałałam miłością odwzajemnioną już dosyć dawno temu. W świat minerałów wkręciłam się za sprawą podkładu mineralnego Lily Lolo. Wracam do niego za każdym razem latem. Powiem Wam za chwilę dlaczego.
Dzisiaj mam dla Was recenzję podkładu mineralnego i korektora marki Era Minerals. Jeśli nigdy nie miałyście kontaktu z produktami mineralnymi to z ręką na sercu zachęcam Was do spróbowania. To świetna opcja dla młodych dziewczyn, które nie mają za dużo do ukrycia, a zależy im na naturalności, albo również dla nieco starszych (sic!) na przykład na wakacje.

Podkład i korektor od Era Minerals testuję już prawie miesiąc. Myślę, że mogę się już wypowiedzieć w paru kwestiach na ich temat.

Ale najpierw to co mówi producent na ich temat:

„Kosmetyki mineralne dzięki naturalnym składnikom, pozwalają skórze oddychać i przyczyniają się do poprawy jej kondycji. Naturalny skład, pozbawiony silikonów, parabenów i konserwantów jest szczególnie istotny dla kobiet posiadających problematyczną cerę, ze skłonnością do alergii oraz poddającym się różnego typu inwazyjnym zabiegom kosmetycznym.

Kolejnym ich atutem jest wysoka bariera ochronna SPF 50, zawarte w podkładach mineralnych zapewnia najwyższe zabezpieczenie przed promieniowaniem UVA i UVB. 

Szeroka gama minerałów absorbuje nadmierne wydzielanie sebum, maskuje niedoskonałości, opóźnia procesy starzenia, regeneruje cerę oraz łagodzi podrażnienia i stany zapalne.”

Dla mnie największą zaletą, która niestety jest też wadą podkładu jest jego lekkość. Poniżej więcej o co mi chodzi w recenzji. No i nie można przejść obojętnie obok zapewnienia że podkład ma filtry ochronne przed UVA i UVB - 50 SPF 50! Który podkład w płynie zapewnia taką ochronę?

Recenzja:

Podkład Mineralny Era Minerals Flawless Nude Light 323
Dla cery mieszanej i tłustej.

Skład:

Titanium Dioxide (CI 77891), Mica (CI 77019), Zinc Oxide (CI 77947), Allantoin. May Contain (+/-): Iron Oxides (CI 77489, CI 77491, CI 77492, CI 77499).

Waga: 7g

Cena : 109 zł

Opakowanie: W estetycznym plastykowym pojemniku z sitkiem.

Aplikacja:
Ja wybrałam do nakładania podkładu pędzel również tej firmy typu kabuki. Ma sysntetyczne bardzo delikatne włosie i prezentuje się bardzo elegancko. Razem z tym podkładem tworzą zgrany duet, chociaż ja wolę aplikację pędzlem typu flat top – jest bardziej zwarty i łatwiej się go aplikuje. Myślę, że ten pędzel sprawdzi się idealnie przy aplikacji pudru i bronzera, ale przy nanoszeniu podkładu, włosie za bardzo się poddaje (jest zbyt miękkie) i przez to aplikacja jest trudniejsza. Moja cera daleka jest od doskonałości dlatego muszę się namachać żeby ogarnąć tematJ.

Noszenie:
Nosi się go świetnie, nie mam się do czego przyczepić, wygląda bardzo naturalnie, niestety krycie ma niewielkie i wytrzymuje jakieś 6 godzin, może odrobinę dłużej. I tu dochodzimy do sedna dlaczego latem? No właśnie dlatego, że latem niespodzianki na twarzy naturalnie się chowają pod wpływem słońca i nie trzeba tak wielu rzeczy tuszować. Poza tym nie potrzeba już stosować pudru (choć producent zaleca dla utrwalenia), bo wykończenie jest idealnie matowe. Jest jeszcze jedna zaleta stosowania latem – woda, wiatr, piasek. Co chwila coś się dzieje, gdzieś idziemy, pływamy, opalamy się, biegamy itd. Ciągle narażone na promieniowanie UV, a tutaj filtr SPF 50 daje nam ochronę prawie całkowitą. To na prawdę duża zaleta.

Ocena: 5/6

Korektor mineralny Full Cover Ivory 101

Skład:

Mica (CI 77019), Zinc Oxide (CI 77947). May Contain (+/-): Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77489, CI 77491, CI 77492, CI 77499), Chromium Oxide Greens (CI 77288).

Waga: 1g

Cena: 39,00 zł

Opakowanie: Malutki estetyczny słoiczek z sitkiem

Aplikacja:

Pierwszy raz pracowałam z korektorem mineralnym o konsystencji proszku. Nie jest to proste zadanie i jednocześnie dużo bardziej czasochłonne. Wymaga sporego zaangażowania i umiejętności. Nie do końca się chyba zrozumieliśmy, ale miałam też utrudnione zadanie bo niestety kolor, który wybrałam okazał się zbyt jasny. Korektor nakładałam płaskim pędzelkiem do korektora z syntetycznego włosia.

Noszenie:

Krycie średnie, trwałość zadawalająca.
Ocena korektora bez podkładu jest tak naprawdę bez sensu więc powiem Wam jak sobie radzą w duecie. Prawdopodobnie radzili by sobie lepiej gdybym kolor korektora miała o dwa tony ciemniejszy, niestety po nałożeniu podkładu nadal widać było jaśniejsze miejsca po korektorze, co zmuszało mnie do nakładania kolejnej warstwy podkładu, a tego chciałam uniknąć. Jednak uważam, że byłoby to naprawdę udane zestawienie, podnoszące walory kryjące podkładu, nie ujmując naturalności z efektu końcowego.


Ocena: 3/6


Podsumowując temat: Minerały latem to strzał w 10. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do minerałów. Więcej informacji i porad kosmetycznych znajdziecie na stronie Era Minerals.

Do zobaczenia

Ewa


Choose your language

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...