Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojas. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lutego 2014

once a week - look book - sukienka idealna



     Miałyście kiedyś sukienkę doskonałą? Taką, której nie oddacie nawet jak zacznie przypominać sieć rybaka po n-tym praniu? Taką, która pasuje na wieczór z ukochanym i  na spotkanie z szefem? Taką , która powoduje błysk w oku nie tylko męskim? Taką naj naj naj, w której nawet przewrót w przód z rozbiegu się udaje? 

     Ja właśnie taką mam.  Spełnia wszystkie kryteria i choć jest znienawidzoną przez niektórych Zarą, to uwielbiam ją mimo wszystko.  Idealne jest połączenie szarej luźnej dzianinowej warstwy spodniej z koronką. Właśnie ten zabieg sprawia, że jest tak uniwersalna.  Tonuje bankietowe zapędy koronki i prowadzi na wygodną sofę z kubkiem kawy. Taka przyjaciółka co to z nią konie kraść i płakać razem można. Jak Wam się podoba moja idealna sukienka?

Do zobaczenia

Ewa








Photos by Stand Up Fashion

bransoletka - herstory design
sukienka - zara
szpilki - wojas
sweter - sh/bigastyl

wtorek, 1 maja 2012

Oscar de la Renta na Fashion Week Poland


Podobno jestem w czepku urodzona. Tak mi co i rusz powtarzają wszyscy, a szczególnie często moja siostra i mama. To jak mnie widzą inni i że każą cieszyć się z "czepka", uświadomiło mi ostatecznie, że rzeczywiście mam w życiu szczęście. Poza filarami szczęścia w postaci rodziny, to od czasu do czasu spotykają mnie też małe szczęścia, takie kwiatki na tym czepku. No bo jak tu nie nazwać małym szczęściem szafiarskiej historii Oscara de la Renty...

Pod koniec zeszłego roku wymyśliłam sobie, że niezbędna mi jest tweedowa marynarka w stylu Chanel. Prosta forma, bez zapięcia, idealnie skrojona. W sklepach nie znalazłam wtedy ani jednej. Ale jak to zwykle bywa w moim przypadku oczywiście już za dwa miesiące było chanelowskich marynarek w sklepach zatrzęsienie.

Poszłam więc do lumpeksu z nikłą nadzieją na znalezienie czegoś odpowiedniego. Bo tweed był modny dobrych kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt lat temu. Ale przecież z definicji żadna wyprawa na łowy do ciucholandu nie jest zła:):):). Nawet wówczas jeśli zamiast tweedowej marynarki wychodzi się ze sklepu np. z 5 swetrami… Tym razem jednak obok pięciu swetrów na wieszaku wisiała dumnie moja pierwsza rzecz od znanego projektanta - tweedowa marynarka Oskara de la Renty. Idealnie skrojona, w idealnym stanie, ze wstawkami  z czerwonej skóry i w co zapewne trudno Wam uwierzyć - w moim rozmiarze. Na początku sama z niedowierzaniem poobcowałam z tym faktem, a ona naprawdę tak sobie wisiała i nikt przede mną jej nie zauważył. Po prostu czekała właśnie na mnie - prawie jak Mójcion:):):). Czekała na tę w czepku urodzoną.

Tak więc kochani kilka dni temu Oscar de la Renta przeszedł się ulicą Piotrowską w Łodzi. Pokibicował dziewczynom z gimnazjum startującym w sztafecie, próbował znaleźć  sushi bar, który mu polecali. Zdegustowany długością ulicy, nie mogąc znaleźć upragnionej surowej ryby, postanowił zjeść zrobione w domu kanapki i popić kawą z stacji benzynowej. Tego dnia Oscar nie miał wiele czasu, więc bez zbędnego ociągania udał się w końcu  na ulicę Tymienieckiego 22 w Łodzi. Po drodze zmieniając  baleriny na szpilki, a wielką tasię na malutką kopertówkę. I tak oto ostatniego dnia Fashion Week Poland Oscar de la Renta siedział w pierwszym rzędzie widowni.

Życzę Wam równie owocnych łowów. Do zobaczenia:)














 Photos by Stand Up Fashion

marynarka - oscar de la renta
top - promod
spodnie - big star + DIY
buty - wojas
naszyjnik - h&m
zegarek - michael kors
pasek - sh
okulary - allegro
torebka - oriflame



piątek, 6 kwietnia 2012

jajom mówię nie


Dzisiejszy dzień kojarzy mi się z maratonem. Chociaż w święta porozpieszcza mnie najpierw teściowa, potem mama i na dodatek jeszcze przyjaciele, to i tak na własne życzenie wystartowałam w wyścigu jajecznym. Biłam swoje rekordy w szybkości mycia okien, w ilości ugotowanych jaj, zrobionych zdjęć i wypowiedzianych słów przepraszam... Robię się bardzo nerwowa, gdy stosunek liczby zadań do posiadanego czasu i wiszących dzieci przy nodze jest subiektywnie niesprawiedliwy.

   Patrzę przez umyte dopiero co okno i tęsknię za patrzeniem pod słońce, za długimi włosami, bosymi stopami w sandałach i ostatnim dzwonkiem w szkole. Domyślam się (no bo jak się stratuje w maratonie jajecznym, to się nie ma czasu na czytanie blogów), że jestem w mniejszości z takim NIEkurczaczkowym, NIEzajączkowym i NIEpisankowym postem.

   Będzie za to odrobinę nostalgicznie, bo niedawno znalazłam tę spódnicę i bluzkę w second hand'dzie i nie mogłam się oprzeć, żeby tej pary nie założyć. Brakuje mi do niej jeszcze czarnego kapelusza z dużym rondem, "wiatru w spódnicy" i przystojniaka co mnie pod rękę weźmie i poprowadzi tanecznym krokiem gdzieś tam… Wybaczcie nie przychodzi mi do głowy nic bardziej romantycznego. Same jaja widzę i od czasu do czasu kurczaczka…JJJ

   Jutro obiecuję posta z kurą, pisanki i małe jajeczne room tour. Ale dzisiaj jajom mówię już - NIE.

   Dobranoc i do zobaczenia jutroJJJ.





Photos by Stand Up Fashion

spódnica i bluzka  - sh
naszyjnik  - pull&bear
buty - wojas

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

shame


Wyrwaliśmy się do kina. Tym razem ja wybrałam film po rekomendacji Tomasza Gubały (przy okazji pozdrawiam serdecznie dziękując za dzielenie się ze mną swoimi recenzjami na FBJJJ).

„Wstyd” - dramat erotyczny, Steve McQueen

Zaraz po obejrzeniu nie wiedziałam, czy film mi się podobał czy nie. Są filmy, kiedy trudno mi się zdecydować. Czasami nie wiem, czy to co czuję po wyjściu z kina przypomina jedzenie wyrafinowanego posiłku w ekskluzywnej restauracji, czy zapychanie hamburgera z frytkami w Mac’u. Ale lubię to uczucie, bo zmusza mnie do poszukania dodatkowych smaków. Wstyd porównałabym do jedzenia wykwintnego ragout z królika w rynsztoku.

Nie jest to film łatwy w odbiorze. Przez 2 godziny bombarduje widza uczuciami z pogranicza patologii, zmuszając jednocześnie do zadawania pytań, których pewnie nikt by sobie nie zadał.

Podczas oglądania trudno sobie poradzić z ogromem docierających wrażeń wzrokowych z rodzaju „piękne jest brzydkie, a brzydkie jest piękne”. Ciągle doznawałam huśtawki emocjonalnej. Delikatnie pod górę i zaraz gwałtownie w dół. Totalny uczuciowy roller coaster. Zderzenie delikatności i kruchości z brutalnym, pustym światem przyjemności.

Moja ulubiona scena filmu, to występ Carey Mulligan (Sissy) w klubie, śpiewającej „New York, New York”. Wykonanie Sissy w porównaniu do oryginału Lizy Minelli jest jak zestawienie dnia z nocą. Jedna z wielu scen naładowanych emocjonalnie do granicy możliwości. Oglądając oczekujesz, że ta przyjemność jeszcze potrwa, jeszcze trochę… jeszcze chwilę… Nie. To koniec. A zaraz potem gwałtowne przenosiny do drastycznego i przyziemnego świata sex świra.

Scena końcowa porusza do głębi świdrując rozgrzanym pogrzebaczem w moim sercu. Płaczący Michael Fassbender  jest fenomenalny. Mnie samej ciężko znieść widok szlochającego mężczyzny wyciągniętego z suszarki uczuć Made in New York. W tym modelu na trybie 1000 obrotów nie pozostało w wysuszonej duszy Michaela prawie nic. Totalna i bezkresna próżnia emocjonalna. Nic co miałoby jakikolwiek sens, życie bez celu. Czy warto zaczynać od nowa… co oznacza początek…

Jednym zdaniem: Bardzo dobry film o samotności i poszukiwaniu miłości. Polecam obejrzeć każdemu kto lubi w kinie myśleć, czuć, przeżywać i widzieć (nie tylko patrzeć).



















czwartek, 8 marca 2012

rock me baby


Grzeczną dziewczynką dzisiaj nie byłam, i nie miałam na to ochoty. Wyszła ze mnie trochę zadziora, ale w stylu rockowym. Co prawda całkiem w trendy się nie wpisuję. Nie mam koszulki z wywalonym językiem, glanów i podartych spodni, ani nawet więcej niż jednej dziurki w uchu…
Nie szkodzi... ważne, że podobało się temu komu miało się podobać:):):).
To taka moja kobieca wersja stylu rockowego, w hołdzie wszystkim mężczyznom, którzy muszą znosić moje "bo tak", od czasu do czasu... 
No to wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet wszystkim Panom czytającym dzisiejszego posta…
A paniom… życzę z całego serca płatków róż pod stopami w drodze do wanny wypełnionej pachnącą pianą.
Pozdrawiam Was rockowo.



Photos by Stand Up Fashion


ramoneska/leather jacket - siena luca
bluzkablouse/  - vero moda
spódnica skórzana/ leather skirt - sh
szpilki/ high heels - Wojas
torebka/ handbag - sh
pasek/belt  - reserved
biżuteria/ jewelry  - glitter/tkmaxx

Choose your language

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...